Sezon trzech prędkości

Sezon trzech prędkości

Tak można zatytułować podsumowanie tego, co działo się w tym sezonie w koszykarskim Śląsku. Po odejściu trenera Erdoğana w zeszłorocznym off-season do Runy Basket Moskwa i nieudanym zakontraktowaniu Jurego Zdovca, który miał już praktycznie naszykowaną nową pościel w klubowym mieszkaniu, wybór padł na sprawdzonego, jednakże ulegającego w przeszłości zielonogórskiej miłości, trenera Olivera Vidina. „Gramy o mistrzostwo” – zapowiadał Vidin przed sezonem. Niestety, już praktycznie od Memoriału im. Adama Wójcika zespół nie wyglądał jak kandydat do tytułu. Śląsk grał wolno, bez polotu i „brzmiał” bardziej jak drużyna z nadzieją na play-off, niż kandydat na mistrza Polski. Podobnie było w EuroCupie, w którym dopiero zacięty mecz z Ulm dał jakąś nadzieję, że trener może wstrząsnąć drużyną. Wrocławianie w pamiętnym meczu świetnie radzili sobie bez trzech podstawowych zawodników, zaś młodzi pokazali, że wcześniej nie dostawali szans (genialny mecz Sitnika). Ostateczny bilans trenera to 11 meczów, tylko 2 zwycięstwa i 7 porażek z rzędu. Zarząd Śląska powiedział dość i stwierdził, że czas na zmianę trenera. Oliver Vidin stracił pracę. Pozostał duży niedosyt. Już wtedy pisaliśmy, iż trener Vidin to sympatyczny facet, z którym niejeden chciałby pójść w miasto czy zwiedzać Belgrad nocą. Nie dało się jednak ukryć, iż nie skradł on serc koszykarzy i że nie pójdą za niego w ogień.

Czego zabrakło? Brakowało przede wszystkim pomysłów na pewnych graczy, uruchomienia drużyny, odważnych ruchów i stawiania na młodzież. Do tego dochodziły wątpliwe sytuacje, jak brak reakcji zespołu po time-out, brak ludzi chcących umierać na boisku, wystawianie zestawów graczy, którzy wówczas byli „no fire” (Zębski, Gołębiowski, Wiśniewski, Adamczak) lub pary „playmakerów” (Gołębiowski, Zębski). Serce bolało, gdy patrzyliśmy na grę Śląska, a szatnia mówiła do Vidina: „Już czas”.

Nowy już czas szatni i zawodników przypadł na trenera Jacka Winnickiego. Marketingowo pomysł się jakoś bronił, gdyż był bardzo podobny do decyzji o powrocie Urlepa w mistrzowskim sezonie. Mały „generał” drugiej linii, który zawsze był w cieniu Andreja, nostalgia, powrót do Wrocławia po latach, świetna znajomość środowiska i topografii Wrocławia. Poza tym nowe rozdanie, nowa miotła, która zawsze sprząta stare lub zamiata pod dywan nowe problemy. Trener Winnicki, który przez lata funkcjonowania na ławce trenerskiej z niejednego pieca już chleb jadł, w spadku otrzymał zestaw graczy dobranych przez swojego poprzednika. Kluczową sprawą każdego nowego sezonu są bowiem transfery, za które w tamtym czasie w największym stopniu odpowiadał Oliver Vidin. – Ja zaproponowałem wszystkich zawodników, którzy ostatecznie do nas dołączyli przed sezonem – przyznał jeszcze we wrześniu. Mina trenera Winnickiego w pierwszych meczach zdawała się malować obraz: „Nie z wszystkimi będzie mi po drodze”.

Jego kadencja dla organizacji to był typowy rollercoaster na festynie w Czeladzi. Bilet sprzedany, niby kolejka jedzie do przodu, ale wszystko trzeszczy i nic do siebie nie pasuje. Od bezlitosnego lania, które drużyna otrzymała w Ostrowie Wlkp. na oczach całej Polski na ekranach Polsatu Sport, do epickiej wygranej z niemieckim Ulm. Brakowało ciągle przełomu, iskry, stabilizacji i chyba wiary samego trenera, że uda się bezpiecznie dowieźć tę beczkę prochu do końcowej stacji. To była bardzo długa zima, w której zasypialiśmy na stojąco, także na konferencjach prasowych, z których wiało grobową atmosferą, a trener myślał już tylko o tym, aby wsiąść do samochodu i wrócić do domu.

Nadzieja, którą dawały minimalnie przegrane mecze w EuroCupie, czy wyrywane zwycięstwa w PLK, bardzo szybko gasła, jak po meczu w Stargardzie, w którym już każdy kłócił się z każdym, zawodnicy podnosili ręce do góry w imię bezsilności, a sam coach nie panował już nad niczym. Na przestrzeni ostatnich spotkań było widać, jak praca sprawiała mu mało przyjemności, jak irytowały go błędy Gravetta, spuszczona głowa Mileticia czy problemy Aleksandra Wiśniewskiego na rozegraniu. „Informujemy, że kontrakt z trenerem Jackiem Winnickim został rozwiązany za porozumieniem stron. Dziękujemy za zaangażowanie i pracę z naszą drużyną oraz życzymy wszystkiego dobrego w kolejnych zawodowych wyzwaniach” – można było przeczytać w komunikacie Śląska Wrocław. Jacek Winnicki został zwolniony po porażce 21 marca 2024 r., po tym jak Śląsk wygrał wcześniej cztery mecze z rzędu. Styl porażki oraz rozkład negatywnych emocji w drużynie nie pozostawił zarządowi wyboru.

W tym samym czasie Legia prowadziła już rozmowy z Miodragiem Rajkoviciem i tylko na jej nieszczęście trener Popiołek zdobył z nią Puchar Polski, a Serb ostatecznie został z niczym. Po kilku latach w Japonii Rajković zapragnął zamienić tamtejsze sushi na pomidorową i za cel postawił sobie powrót do PLK. Okazja wpadła więc w ręce wrocławian sama. Trochę podobnie jak kiedyś osoba Travisa Trice’a.

Warsztat, charakter, twarda ręka, wiedza i przede wszystkim odpowiedni balans pomiędzy mocną osobowością, a byciem trenerem dla zawodników spowodował, iż Rajković szybko pobudził swój nowy zespół. Gdyby nie awansował do play-off, to chyba nikt nie miałby do niego pretensji. Każdy wynik ponad ósme miejsce mógłby być odbierany jak sukces. Brązowy medal to maksimum z tego, co można było wycisnąć z tego sezonu. „I’m your coach, not you” – taki przekaz dostali wszyscy zawodnicy. Ale to chyba materiał na osobny artykuł, czas mamy do końca kontraktu, czyli do 30 czerwca 2026 r.

PECH I BŁĘDY

Każdy powie, że po sezonie to każdy głupi wie, czego można było uniknąć, a czego nie. Szczęściu raz, że trzeba pomóc, a dwa, że nie przeszkodzić. Teraz, z perspektywy czasu, można powiedzieć, że wybór Kulvietisa na podstawowego PF to nie był dobry wybór. No tak. Klub, który poprzedni sezon walczył z kontuzjami, decyduje się zakontraktować gracza, który w ostatnie 3 lata rozegrał mniej spotkań niż Śląsk w kampanii 2022/2023. Ryzyko? Jak najbardziej, zaś dalsze ruchy transferowe zostały skutecznie ograniczone. Kończyliśmy sezon z trójką zagranicznych graczy na pozycji silnego skrzydłowego i z jednym sprawnym rzucającym obrońcą. Oczywiście nikt nie mógł przewidzieć kontuzji, podobnie jak klątwy rzuconej na osoby rozgrywających w tym sezonie w Śląsku. Już dziś radzimy decyzyjnym sprawdzić, czy Orbita lub Kosynierska nie jest posadowiona na starym indiańskim cmentarzu, tak jak legendarna Rose Garden w Portland, co mogłoby uzasadniać działanie sił nadprzyrodzonych. Evans, McCullum, Kolenda, Wiśniewski to tylko początek listy kontuzjowanych w tym sezonie. Jeśli ktoś przed sezonem usłyszałby, że pierwszy mecz Śląska w pełnym składzie zagramy w ćwierćfinale ze Stalą, to uznano by go za obłąkanego. Momentów, które wprawiały w osłupienie, jednak było więcej. Najlepszym przykładem niech będzie Frankie Ferrari, który pół roku czekał na ofertę z któregoś z klubów europejskich, aby dzień po wizycie we Włocławku zakończyć karierę zawodniczą i zostać zatrudnionym na stanowisku asystenta trenera/dyrektora ds. rozwoju zawodników na USF (University of San Francisco), gdzie pracuje do dziś.

CO PRZYNIESIE NOWY SEZON?

Początek sezonu przynosi komfort tego, że nie trzeba uganiać się tygodniami za nowym trenerem, który zacznie w klubie wszystko od początku. Nie oznacza to oczywiście, że popularny Kicia nie wprowadzi swoich porządków i nie postawi wszystkiego na głowie, zgodnie z maksymą „jak sobie pościelesz, tak będziesz mieć przez cały sezon”.

Zarząd klubu nie ukrywa, że chciałby budować DNA Śląska w oparciu o graczy, z którymi utożsamia się kibic z Wrocławia (Gołębiowski – opcja wykupu w kontrakcie, Nizioł, Kolenda), jednakże będzie pewnie chciał to zrobić na tyle delikatnie, aby nie podbić zbytnio ich rynkowej ceny w rywalizacji z innymi ofertami. Sytuacji na kontraktowanie Polaków na pewno nie pomaga turniej kwalifikacyjny w Walencji, który może być oknem na świat dla niektórych kadrowiczów. Dobrym prognostykiem jest podpisany kontrakt Adriana Boguckiego, który będzie młodszą, mobilniejszą alternatywą dla odchodzącego Parachouskiego, a poza tym nie będzie zabierał opcji gracza zagranicznego.

Cel organizacji jest prosty: do połowy lipca mają zostać podpisani wszyscy Polacy w rotacji, zaś do końca lipca zawodnicy zagraniczni. Także do końca czerwca mamy poznać nazwę rozgrywek europejskich, w których wystąpi WKS Śląsk Wrocław, ale już wiemy, że na pewno nie będzie to BKT EuroCup, w których zagra mistrz Polski czyli Trefl Sopot. Informacja o grze w Europie na pewno będzie determinowała skalę budowanego budżetu, a także decyzje kluczowych zawodników. Gdy układanka nabierze już ostatecznego kształtu, to postaramy się o decyzjach personalnych i celach na nowy sezon porozmawiać z prezesem Śląska – Michałem Lizakiem.